Przed chwilą znalazłam coś, co mnie zaciekawiło. Jest to mój...hmmm..."felieton"? sprzed ładnych paru lat.
W oparach samokrytycyzmu
Gdy już brakuje nam słów, by opisać siebie, tworzymy wyższe wartości
i budujemy kolejnego Złotego Cielca. Ot co. Nic. Nie poezja, nie proza, ale grafomaństwo życia.
Czym jest odpowiedzialność? To ostatnia deska ratunku, gdy człowiek już sam nie potrafi określić granic własnej wolności. Swoje poczynania warunkuje zachowaniem innych. Zbiera baty i staje się wielkim męczennikiem ku chwale zbiorowej odpowiedzialności. Swój brak łączności ze światem tuszujemy poczuciem odpowiedzialności, które ma nam tę łączność zastąpić. „Czuję się odpowiedzialny! To wstyd, to wstyd!” Zerwać okowy odpowiedzialności, przywiązania, które jako jedyne pozwalają nadać mgliście określone kształty – oto co pomaga ujrzeć tragedię nieokreśloności człowieka.
Rozbić w proch i w pył to, na czym stoi współczesny świat, burdel sztuki i cielesności, gdzie niewolnicy sprzedają swych panów, frymarcząc własnymi duszami. Szast – chlast – milion dolarów. Rozbić ten zamek ze szkła na małe lusterka, w którym każdy ujrzy siebie. Jeden odłamek, łezka, krysztalik, kropelka, drgnienie, błysk, jedna poruszona struna. Szyba, przez którą można spojrzeć na słońce i z przyjemnością dać się spalić na popiół przez jego promienie, by powrócić jako Feniks z niebiańskim tęczowym ogonem i piórem zdolnym zapalić świat. Zobaczcie tę drogę. Przez góry, nieba, chmury, aż do dna oceanu. Jak wulkan wybuchamy tylko złością, nie siłą, nie mocą. Rzucić o ścianę tymi wszystkimi ochami
i achami. ...Czy tak...? W imię, dajmy na to –religii.
Och, dobrze więc. Stoimy nad grobem w dzień Wszystkich Świętych. Nad czyim grobem jednak? Naszym własnym, drodzy idealni kupcy zniczy w kształcie własnego sumienia i wadliwej pamięci, nabywcy kwiecia samozadowolenia z własnej pobożności
i wytrwałości w kultywowaniu tradycji i wartości rodzinnych. „Panie. Zostawiłam zupę na gazie. ...a światłość wiekuista...niech to diabli, znowu jutro do pracy. ...pokoju wiecznym...kochanie, czy ty siwiejesz?” Rewia futer z lisów nad szczątkami szczęśliwców, którym rodzina zdążyła wykupić cieplutką miejscówkę na cmentarzu.
Czy już sama kultura słowa. Wielkie lepperowisko. Dyskusja na poziomie polega na skutecznym przegadaniu przeciwnika. Jesteśmy społeczeństwem jak najbardziej tolerancyjnym. Masz prawo do nieposiadania prawa. Człowiek zarzucony śmieciem zbędnych, nieprawdziwych, prawdziwych w połowie, wyssanych z palca lub absolutnie poważnych i wartościowych – najczęściej trudnych do wypatrzenia informacji zaczął czerpać satysfakcję z wyławianych z tego cuchnącego bajora skojarzeń. Skojarzeń cudem odratowanych ze szponów tragicznej śmierci zapomnienia, usłyszanych gdzieś wyrażeń frazeologicznych wpychanych do każdej odpowiedzi, by uczynić ją bardziej wiarygodną.
Nie czuję się zobowiązana do obrony ojczyzny, ludzie są patriotyczni tylko w efekcie takiej potrzeby uwarunkowanej genetycznie, z nudy, z konieczności posiadania jakichś przekonań – bo w końcu jakieś trzeba mieć, najlepiej takie, z których nie trzeba będzie się później tłumaczyć, a postawa patriotyczna z pewnością jest powszechnie przeważnie akceptowana.
Każda z tych wartości (?) zdaje się krzyczeć za ich wyznawcę „patrz na mnie! patrz! oto wzór”. A kim jesteśmy, żeby ustalać wzorce człowieka? Obawiam się, że nie jesteśmy
w posiadaniu tego pierwszego projektu. Ale bardzo byśmy chcieli.
Jesteśmy na etapie kolejnego Złotego Cielca. Życie chwytamy nieskoordynowanymi haustami uzasadnionymi potrzebami samookreślania w czarnym nieprzeniknionym oceanie wszechświata. Nic co pewne nie jest piękne. Chcemy więc pozbawić życie piękna, tworząc wokół siebie rzeczy z konieczności i definicji pewne. Prawdą jest więc, że to co uporządkowane jest mało prawdopodobne. Człowiek chcąc umocnić swą pozycję w świecie ma potrzebę działania na przekór pięknu, na przekór życiu – segregując wszystko wokół siebie. Dążymy do absolutnego uporządkowania – unicestwienia.
W całym tym gronie hedoniści wydają się być najmniej niebezpieczni. Może czasem warto uświadomić sobie własną amebiczną postać i dać się nieść światu, pozwalając na jego nieprzewidywalne piękno? Życie to zabawa. Najlepiej bawi się tu sam Stwórca.
Ot co. Nicto.
środa, 3 czerwca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

grafomaństwo życia, mmmm
OdpowiedzUsuńno nie mam wyjścia, musze występować jako s. aurelle. dlaczego?
OdpowiedzUsuń